Wkrętarka akumulatorowa — jak wybrać pierwszą do domowego warsztatu

Wkrętarka akumulatorowa — jak wybrać pierwszą do domowego warsztatu

Jeśli w domowym warsztacie ma być tylko jedno elektronarzędzie, dyskusji właściwie nie ma: wiertarko-wkrętarka akumulatorowa. Skręca meble, wiesza półki, wierci w drewnie i ścianach działowych, a przy odrobinie wprawy miesza nawet farbę. Problem zaczyna się w sklepie, gdzie półka ugina się od modeli od 100 do 1500 złotych — i wszystkie wyglądają podobnie. Różnice siedzą w trzech miejscach: napięciu, uchwycie i baterii.

Woltów nie kupuje się na zapas

Napięcie akumulatora mówi o sile narzędzia. 12 V wystarcza do mebli, karniszy i lekkich prac montażowych — taka wkrętarka jest mała, lekka i mieści się w każdej szufladzie. 18 V to standard uniwersalny: poradzi sobie z długimi wkrętami w twardym drewnie, grubszymi wiertłami i pracą ciągłą przy większym projekcie. Więcej woltów oznacza jednak więcej wagi — 18-woltowy zestaw z baterią potrafi ważyć blisko dwa kilogramy, co przy godzinie pracy nad głową czuć w nadgarstku bardzo wyraźnie. Do mieszkania w bloku, gdzie królują meble z paczki i lekkie wiercenie, w zupełności wystarcza dobra „dwunastka" za 200-350 zł. Dom z ogrodem i planami remontowymi to już argument za 18 V.

Ważny drobiazg: zwykła wkrętarka nie wierci w betonie. Do ścian nośnych potrzebny jest udar — albo w droższej wkrętarce udarowej, albo w osobnej wiertarce. Na szczęście w typowym M4 ściany działowe są z materiałów, które klasyczna wkrętarka pokonuje bez wysiłku.

Bateria decyduje o wszystkim

To akumulator, nie silnik, jest dziś sercem narzędzia — i najdroższą częścią zestawu. Trzy zasady oszczędzają rozczarowań. Po pierwsze: dwie baterie w zestawie to nie luksus, tylko warunek płynnej pracy; jedna pracuje, druga się ładuje. Po drugie: pojemność 2 Ah wystarcza do prac domowych, większe ogniwa dokładają wagi bardziej niż pożytku. Po trzecie, i to rada na lata: warto wybrać producenta, u którego jedna bateria pasuje do wielu narzędzi. Systemy akumulatorowe wielkich marek obejmują dziś wyrzynarki, szlifierki i odkurzacze — kupując kolejne narzędzie „samo", bez baterii i ładowarki, płaci się często połowę ceny zestawu. Mój warsztat trzyma się jednego systemu od pięciu lat i każda kolejna maszynka kosztowała dzięki temu śmiesznie mało.

Na co jeszcze zerknąć przy półce

Uchwyt samozaciskowy 10 mm załatwia komplet typowych wierteł i bitów. Regulacja momentu obrotowego (to pierścień z cyframi za uchwytem) chroni wkręty i materiał przed przekręceniem — im więcej stopni, tym precyzyjniej. Dwa biegi to standard: wolny do kręcenia, szybki do wiercenia. Dioda podświetlająca pole pracy wydaje się gadżetem dokładnie do momentu pierwszego kręcenia we wnęce szafy. A silnik bezszczotkowy, choć droższy, mniej się grzeje i wyciąga z baterii nawet o jedną trzecią więcej pracy — przy częstym używaniu dopłata zwraca się szybko. Reszta bajerów z pudełka, z walizkami i zestawami „88 elementów" na czele, to głównie sposób na podniesienie ceny; lepiej kupić porządne wiertła osobno, pod konkretne potrzeby.